– Nic nie stało się nagle. Warto wrócić do genezy tego wszystkiego.
Pierwotny projekt MEN, który przedstawiono nam w czasie pracy zespołu
rządowo-związkowego zaraz po ostatnim strajku nauczycielskim, mówił, że
samorząd może „z poniedziałku na wtorek” przekazać szkołę – z
pominięciem całej dotychczasowej procedury, bez zgody rad gmin i
związków zawodowych. Po negocjacjach rząd nieco zmienił swoją
koncepcję, przywracając tu rolę rad gmin i związków. Wszystko więc
trochę zdemokratyzowano. Potem mieliśmy kolejną turę rozmów – już tylko
z udziałem ZNP. Staraliśmy się jak najlepiej przedstawić nasze
argumenty. Kilka razy spotykaliśmy się z minister Katarzyną Hall i
szefami klubów parlamentarnych: PO, PSL i Lewicy. Potem doszło wiele
godzin prac w komisjach sejmowych. Wszędzie staraliśmy się wyjaśnić, że
zawarta w projekcie filozofia polegająca na przekazywaniu wszystkich
szkół, bez względu na miejsce położenia, liczbę uczniów i sytuację
demograficzną, jest groźna dla systemu. Tym bardziej, że podąża za nią
generalna decentralizacja nadzoru pedagogicznego. Ustawa zakładała
bowiem, że nadzór miałby niewiele do powiedzenia w sprawie sieci
szkolnej, programów, organizacji pracy szkoły, obsady dyrektora
placówki. Gdybyśmy dołożyli do tego pomysł, by dyrektorem placówki
mogła zostać osoba niebędąca nauczycielem, to rysował nam się
nieciekawy obraz oświaty. Poszlibyśmy najprostszą drogą do tego, by
samorządy pozbywały się szkół, państwo straciło kontrolę nad oświatą, a
rodzice i dzieci miały znacznie utrudniony dostęp do edukacji. Pragnę
podkreślić – nic nie stało się nagle. Rząd dojrzewał do przekonania, że
zmiany idą w złym kierunku.
Mimo wszystko te ustępstwa są mocno zaskakujące. Jeszcze niedawno MEN
nakręciło film dokumentalny, w którym udowadniało, że nowe przepisy
mają chronić małe szkoły.
– Jednym z zarzutów stawianych związkowi było rzekome dążenie do
likwidacji małych wiejskich szkół, ponieważ nie zgadzaliśmy się na
przepisy pozwalające społecznościom lokalnym je prowadzić. Wzięliśmy
sobie to do serca – skoro tak, to niech Sejm uchwali taki przepis,
który będzie adresowany właśnie do małych szkół z określoną liczbą
uczniów, znajdujących się ponadto w trudnej sytuacji ekonomicznej. W
międzyczasie wypowiedział się Związek Gmin Wiejskich RP, który poparł
ten kierunek myślenia. Zarówno argumenty samorządowców, ZNP, jak i
klubu Lewicy pokazały, że dotychczasową drogą iść nie można. Co ważne –
Sejm uznał, że kurator powinien być strażnikiem pochopnych decyzji
podejmowanych przez samorząd. Warunek otrzymania pozytywnej opinii
kuratora jest wentylem bezpieczeństwa.
Czym groziło uchwalanie przepisów pozwalających swobodnie oddawać szkoły fundacjom i stowarzyszeniom?
– Katastrofą. Dopiero za jakiś czas docenimy to, co udało nam się
osiągnąć. Z pierwotnego projektu wynikało, że każdą szkołę można
przekazać innemu podmiotowi – bliżej nie zidentyfikowanemu, a więc
praktycznie każdemu. To zwykła prywatyzacja działająca w dodatku na
zasadzie kuli śniegowej, ponieważ niestety w wielu gminach patrzy się
na szkołę wyłącznie przez pryzmat kosztów jej utrzymania. Przekazywanie
placówek wiązałoby się w dodatku z odebraniem nauczycielom wszystkich
dotychczasowych uprawnień – każdy z nich mógłby cały swój dorobek
zawodowy co najwyżej położyć na poduszce w czasie ostatniej drogi. Bo
to nie miałoby już kompletnie żadnego znaczenia. Odgórnie określane
wynagrodzenie, czas pracy i świadczenia socjalne w tego typu szkołach
po prostu nie obowiązują. Powinniśmy mieć satysfakcję, że naszej
organizacji udało się powstrzymać najgroźniejszy w skutkach proces.
Podczas rozmów z MEN udało nam się też przekonać Katarzynę Hall do
rezygnacji z pomysłu, by to każdy nauczyciel pisał program, który potem
zatwierdzałby dyrektor. Teraz minister edukacji będzie w drodze
rozporządzenia określał zasady i kryteria, które muszą być spełnione,
by przyjąć program. Rodzice docenią wartość naszych starań. Oczywiście
nowa ustawa jest daleka od doskonałości – poważnie obawiamy się m.in. o
to, czy decentralizacja kompetencji kuratora nie poszła zbyt daleko.
Co teraz z małymi szkołami? Czekają je masowe przekształcenia?
– Nie. Wszystkie ogniwa naszego związku powinny teraz monitorować
sytuację. Już jakiś czas temu ZNP powołał zespoły szybkiego reagowania.
Niedługo po raz kolejny spotkamy się z nimi, by określić zasady
poruszania się w nowym ładzie prawnym. Powinniśmy być strażnikami
małych szkół. Musimy bronić ich przed urzędnikami, którzy uznają, że
jeśli szkoła liczy mniej niż 70 uczniów, to trzeba ją zlikwidować.
Broniąc małych szkół, bronimy praw pracowniczych. Z ustawy wynika
bowiem jednoznacznie, że jeśli szkoła przejdzie w prywatne ręce, to
nowy podmiot określi warunki pracy nauczycieli – wynagrodzenia,
świadczenia socjalne i czas pracy. Jeśli nasze ogniwa związkowe będą
potrafiły się bronić, jeśli zmobilizujemy lokalne społeczności, to nie
wierzę, że ten przepis będzie nadużywany.
Czy postawa MEN i Sejmu oznacza, że związek zrezygnuje z apelu do prezydenta Lecha Kaczyńskiego o zawetowanie ustawy?
– Tak. Prośba o weto byłaby po prostu niezrozumiała. Szczególnie, że w
sytuacji, gdy koalicja zgodziła się na dużą część poprawek Lewicy, weto
zostałoby odrzucone. Poza tym posłowie przyjęli kilka rozwiązań naszego
autorstwa. Pisanie apeli do prezydenta stałoby się więc sztuką dla
sztuki.
Dziękuję za rozmowę.
[mosgoogle center}