|
Polecamy |
|
|
|
|
|
|
|
|
SYNDROM GIMNAZJUM |
|
|
|
DO GIMNAZJÓW TRAFI W TYM ROKU PONAD 400 TYSIĘCY UCZNIÓW. PRAWIE
POŁOWA Z NICH NIE DOWIE SIĘ, SKĄD WZIĄŁ SIĘ RENESANS. DOWIE SIĘ, CO TO
WYŚCIG SZCZURÓW, PRZEMOC I BEREK CWELONY WITAJCIE W SZKOLNYM PIEKLE!
PRZECIĘTNEMU
POLSKIEMU GIMNAZJALIŚCIE NAJLEPIEJ WYchodzi pisanie. Zaproszeń i
ogłoszeń zadanych na egzaminie gimnazjalnym. Nie potrafi już za to na
egzaminie wyjaśnić, z czego wyniknął melodyjny charakter wiersza. Myli
też średnicę figury geometrycznej z jej obwodem i nie potrafi obliczyć
procentu z liczby. Połowa (!) gimnazjalistów nie ma bladego pojęcia o
tym, że matematyka może przydać się w życiu. - Prawda jest taka, że
poziom wiedzy, jaki w ubiegłym roku wyniósł mój syn z typowego
polskiego gimnazjum, byłby żenujący, gdyby nie moja ciężka praca i
zatrudniona przeze mnie armia korepetytorów - przyznaje Barbara
Chwatiuk, właścicielka niewielkiej firmy z Katowic. Ma ona jeszcze
jednego, młodszego syna, 13-latka. - W tym roku obiecałam sobie, że nie
popełnię błędów - zapewnia. - Zaczęłam od stawiania pytań. Pytań
jest sporo. Wydawać by się mogło, że na niektóre odpowiedź jest prosta.
Większość rodziców za szczyt marzeń uważa renomowane, publiczne
gimnazjum, do którego trafiają wybrańcy. Jednak tam najpierw trzeba się
dostać - decydują o tym oceny ze szkoły podstawowej, wyniki testu na
koniec szóstej klasy, a często także dodatkowe wewnętrzne sprawdziany
gimnazjum. Nic więc dziwnego, że wielu zdesperowanych rodziców decyduje
się dziś nawet na fikcyjną przeprowadzkę z dziećmi i zmianę adresu
zameldowania w pobliże szkoły. Pomocne są w tym szczególnie odpowiednio
rozlokowane babcie i znajomi. Uczeń z rejonu dostaje się bowiem do
dobrej szkoły bez egzaminu. Potem jednak i gimnazjalista, i jego
rodzice muszą się liczyć z godzinami spędzonymi w korkach, bo mieszkają
przecież tam, gdzie mieszkali. Tymczasem - jak coraz częściej zauważają
naukowcy - wiele renomowanych gimnazjów uczy wyłącznie poprawnego
rozwiązywania testów, rzadziej samodzielnego myślenia i rozwijania
pasji. Liczą się w nich nie uczniowie, ale ich wyniki.
Tłok w klasie -
To zwykły wyścig szczurów. Dlatego takie gimnazja pełne są samotnych,
zestresowanych dzieciaków niepotrafiących dotrzymać kroku prymusom -
ostrzega profesor Krzysztof Kruszewski z Wydziału Pedagogicznego
Uniwersytetu Warszawskiego. Może więc lepiej wybrać gimnazjum bez
większych wymagań, za to tuż za rogiem, w którym dziecko poczuje się
swojsko, bo znajdzie wielu kolegów z podwórka? Co prawda będzie to
najpewniej pełne przemocy gimnazjum z 40-osobową nawet klasą, ale do
którego nie trzeba zdawać żadnych egzaminów... - Nie radziłbym -
ostrzega doktor Maciej Jakubowski z Wydziału Nauk Ekonomicznych
Uniwersytetu Warszawskiego, który badał wpływ wielkości klasy na wyniki
uczniów. - Tłok w klasie sprawi, że dziecko nie będzie miało większych szans na otrzymanie odpowiedniej porcji wiedzy. Może zatem lepsze perspektywy czekają gimnazjalistę w szkole bardzo kameralnej? - Też nie - mówi doktor Jakubowski. -
Zbyt mała liczba uczniów to mniejsza szansa na to, że nasze dziecko
znajdzie kolegów na podobnym poziomie intelektualnym, że będzie się
odpowiednio w grupie rozwijać. Czy w takim razie lepiej rozwinie się na prowincji, czy w dużym mieście? -
Statystycznie szkoły w miastach powyżej stu tysięcy mieszkańców
uzyskują z egzaminu średnie wyniki wyższe niż szkoły w mniejszych
miastach i szkoły wiejskie, a szkoły niepubliczne - wyniki nieco wyższe
niż szkoły publiczne - wyjaśnia Tadeusz Mosiek z Wydziału Egzaminów dla
Uczniów Gimnazjów Centralnej Komisji Edukacyjnej. Tyle tylko, że
statystyki nie wyjaśniają wszystkiego. Nie do końca jeszcze wiemy,
dlaczego na przykład wiejskie gimnazja mają często lepsze wyniki w
nauce niż szkoły w małych miasteczkach, a w części humanistycznej
egzaminu w ubiegłym roku najniższy średni wynik miała szkoła położona w
mieście powyżej 100 tysięcy mieszkańców. I dlaczego w takich Żorach (62
tysiące mieszkańców) publiczne gimnazja w osiągnięciach biją na łeb
renomowane publiczne i niepubliczne szkoły z wielkich miast.
Odtwórczy i sztampowi -
Co zatem mamy robić? - głowi się dziś większość z prawie 900 tysięcy
rodziców polskich 13-latków. I słusznie, bo eksperci w jednym są
zgodni: to nie podstawówka i nie liceum, ale właśnie gimnazjum ma
największy wpływ na to, czy nasze dziecko odniesie w późniejszym życiu
sukces. Intelektualny i materialny. Tymczasem okazuje się, że aż 40
procent absolwentów polskich gimnazjów nie ma pojęcia, że renesans
narodził się we Włoszech, co trzeci uczeń nie kojarzy czasów króla
Stanisława Augusta z rozbiorami, a połowa nie potrafi obliczyć zużycia
paliwa w samochodzie i odczytać zwykłej mapy. To także wynika z
ubiegłorocznych wyników egzaminów gimnazjalnych. I co potwierdza wydaną
rok wcześniej opinię polskich badaczy, którzy w ramach Programu
Międzynarodowej Oceny Umiejętności Uczniów PISA OECD zauważyli, że
uczniowie polskich gimnazjów w umiejętności twórczego rozumowania
znacznie odstają od swoich zachodnich kolegów. Są odtwórczy, nie
potrafią samodzielnie wymyśleć najprostszego eksperymentu. Winą za to
naukowcy obarczyli szkołę. Bo uczy rutynowo i wycinkowo. I
zaproponowali, by w Polsce przeprowadzić publiczną debatę pod
znamiennym tytułem "Syndrom niedokończonej reformy"*. Debata jak dotąd
się nie odbyła. - Polskie gimnazja wciąż są nastawione na wpajanie
uczniom regułek - wyjaśnia profesor Kruszewski. - Te lepsze potrafią
robić to w taki sposób, by przełożyło się to na wyniki testów, te
gorsze nawet tego nie potrafią. Egzamin gimnazjalny z ubiegłego roku ujawnił, że z co 10. polskiego gimnazjum nastolatek nie wyniesie nic. Może poza siniakami. -
W10 procentach gimnazjów uczniowie nie zdobyli na egzaminie żadnych
punktów! - załamuje ręce profesor Krzysztof Konarzewski z Instytutu
Psychologii PAN. Te dane są szokujące. Bardziej szokujące jest to,
że wynikami egzaminów w gimna-zjach nikt się nie zainteresował, z
Ministerstwem Edukacji włącznie. - Zostaliśmy z tym problemem sami -
przyznaje Piotr Zaczkowski ze śląskiego kuratorium oświaty. - My i
dyrektorzy kiepskich szkół, bo większość z nich bezradnie rozkłada
ręce. Nie mogą zbyt wiele zrobić bez poparcia resortu, bez pieniędzy na
dokształcanie słabych nauczycieli, bez rządowego pomysłu na to, jak
uzdrowić sytuację w szkole położonej w okolicy, w której panują marazm
i bezrobocie. I zakamuflowany analfabetyzm. Gdy zapytaliśmy
ministerstwo o przyczynę braku reakcji, otrzymaliśmy odpowiedź, że:
"MEN przypomniało kuratorom o możliwości stosowania programów poprawy
efektywności w zakresie dydaktyki, opieki i wychowania w trybie art. 34
ustawy o systemie oświaty".
Przemoc nauczycielem Skoro
przeciętny gimnazjalista przez trzy lata nauki w szkole nie zdoła się
dowiedzieć, gdzie narodziło się odrodzenie, to może chociaż szkoła
zapewni mu bezpieczeństwo i rozwój w przyjaznej atmosferze. By rozwiać
i te złudzenia, wystarczy zapytać przeciętnego gimnazjalistę, co to
jest berek cwelony. Nieświadomym wyjaśniamy: gimnazjalista znienacka
zachodzi kolegę od tyłu, przytrzymuje go siłą i pozoruje stosunek
płciowy. - Nie twierdzę, że za PRL panowała w szkole sielanka, wręcz
przeciwnie. Ale tak źle jeszcze nie było. Dziś najważniejszym
nauczycielem w polskim gimnazjum stała się przemoc - mówi profesor
Janusz Czapiński, psycholog społeczny z Uniwersytetu Warszawskiego,
ekspert ogólnopolskiego programu "Szkoła bez przemocy". Właśnie z badań
Czapińskiego jednoznacznie wynika, że największa agresja wobec
nauczycieli i kolegów pojawia się w gimnazjach: na chamstwo uczniów
skarży się tylko 15 procent nauczycieli szkół podstawowych i 21 procent
ponadgimnazjalnych. Za to aż 27 procent nauczycieli gimnazjów. - To
nie tylko przemoc fizyczna i psychiczna. To także coraz większy cynizm
i obojętność całej szkolnej społeczności wobec zła - dodaje Czapiński.
Profesor podstawowej przyczyny eskalacji gimnazjalnej przemocy upatruje
w reformie oświaty. - Skracając dzieciom podstawówkę, wyrwano je z
poczucia bezpieczeństwa, które budowały razem ze swoimi znanymi dobrze
nauczycielami - uważa psycholog. Z opublikowanych w styczniu tego
roku badań socjologów z Uniwersytetu Łódzkiego, którzy przyjrzeli się
między innymi gimnazjom (łódzkim), wynika, że - zdaniem samych uczniów -
na agresję najbardziej narażeni są ich chuderlawi koledzy: tak
odpowiedziało 45 procent ankietowanych. Przechlapane mają również
szkolni pupile, uczniowie z biednych rodzin (14 procent) i wreszcie ci,
którzy mają problemy z nauką (13 procent). Najlepsza pogoda panuje dla
dzieci bogatych.
Brutalne reguły Przemoc szkolna ma wiele
odcieni. Coraz częściej objawia się przy zastosowaniu nowych
technologii. W zimie po Internecie hulał film z 15-letnią Ulą z Opola.
Ula oddaje się koledze w toalecie. Wczesną wiosną widzieli to już
wszyscy gimnazjaliści z Opola. Kiedy Ula przechodziła ulicą, krzyczeli
za nią: "Ty kurwo!". W marcu podcięła sobie żyły. Na szczęście
dziewczynkę uratowano. - Młodzi ludzie czują się w otaczającej ich
rzeczywistości coraz mniej pewnie, są coraz mniej odporni na stresy -
wyjaśnia psycholog Anna Resler-Maj z Kliniki Psychiatrii Wieku
Rozwojowego Akademii Medycznej w Warszawie. Artysta plastyk z
Bydgoszczy Grzegorz Pleszyński, który prowadzi zajęcia ze sztuki z
gimnazjalistami, widzi to tak: - Nastolatek to dziecko, które już chce
w życiu czegoś ważnego szukać, eksperymentować, czasem pobłądzić.
Dlatego potrzebuje oparcia, przewodnika, kogoś, kto doradzi mu, jak
poradzić sobie z napięciami, ale też wskaże mu najlepsze, najciekawsze
drogi opisania świata. Czy oparcie w szkolnym pedagogu miał szansę
znaleźć gimnazjalista z Jarosławia, który obrzucił kamieniami
szczeniaka? I robił to z taką pasją, że poranionego psa trzeba było
uśpić. Co wyniósł ze szkoły uczeń gimnazjum z Lubelszczyzny, który
rozprowadzał wśród szkolnych kolegów podrobione kartki obiadowe i
sprzedawał im filmy pornograficzne? Co nauczyciel powiedział o Żydach
10 gimnazjalistom z Andrychowa, którzy pod koniec ubiegłego roku
umieścili w necie własnej produkcji filmik pod tytułem "Rozstrzelanie"? -
Młodzież ma wpojone przekonanie, że świat jest brutalny i rządzi się
coraz bardziej brutalnymi regułami - ocenia Grażyna Mał-kowska, pedagog
szkolna i autorka sztuki "Blackout", która poświęcona jest przemocy w
polskiej szkole.
Kopnął Piotruś Ale w gimnazjum kwitnie
także przemoc nauczycieli wobec uczniów. Opublikowane właśnie badania
firmy SMG KRC wykazały, że aż 23 procent gimnazjalistów skarży się na
agresję ze strony pedagogów. - Nauczycielom coraz częściej puszczają
nerwy - przyznaje Sławomir Broniarz, prezes Związku Nauczycielstwa
Polskiego. I dodaje, że dzieje się tak po pierwsze, dlatego że wciąż w
Polsce nauczycieli nie szkoli się pod kątem pracy wychowawczej z
młodzieżą, a po drugie, zabrano im wiele narzędzi, którymi kiedyś mogli
się posługiwać. - Kiedyś krnąbrnego ucznia piętnowano za złe
zachowanie na szkolnym apelu - wyjaśnia. - Dziś nie wolno tego robić,
bo uznano, że naruszałoby to godność młodzieńca. W związku z tym
wielu pedagogów zamiata problem pod dywan lub na agresję odpowiada
agresją. Albo stara się pozbyć problemu w najprostszy z możliwych
sposób. Na przykład wzywa policję, bo we wrześniu ubiegłego roku nadano
mu prawa funkcjonariusza publicznego. I jego znieważenie ściga się dziś
z urzędu. Może też poskarżyć się na zachowanie ucznia dyrektorowi
szkoły. - Kopnął Piotruś nauczycielkę, to Piotrusia ze szkoły
wyrzuciłem - mówi bez ogródek Andrzej Cichoń, dyrektor Gimnazjum numer
73 w Krakowie. Cichoń słynie z kilku innych niekonwencjonalnych metod
wychowawczych. Od kilku lat na zakończenie roku rozdaje discmany tym
podopiecznym, którzy nie opuścili ani jednego dnia szkoły bez lewego
usprawiedliwienia. Trzy lata temu rozdawał 200 discmanów, a w tym roku
już tylko 18. Dlaczego? Może dlatego, że zdaniem wielu psychologów, ale
także samych nauczycieli, uczynienie z pedagoga funkcjonariusza niczego
nie załatwia. - To tylko kolejny dowód na to, że w typowym polskim
gimnazjum nauczyciel przestaje być przyjacielem ucznia, tylko staje się
kimś, kto jest po drugiej stronie barykady, kimś, kto z założenia jest
wrogiem, kimś, kto słyszy, a nie słucha - mówi gimnazjalny matematyk
Grzegorz Nicpoń, który przez swoich wychowanków gremialnie nazywany
jest i przyjacielem, i mistrzem. Zdaniem Piotra Machowskiego,
dyrektora Prywatnego Gimnazjum numer 8 imienia Mikołaja Reja w
Krakowie, publiczne gimnazja mają jeszcze jeden poważny problem. -
Nie stanowią wspólnot z jasno wytyczonym kodeksem postępowania, w
których wszystkim na sobie zależy, w których o problemach rozmawiają po
partnersku, życzliwie wszyscy: uczniowie, rodzice i nauczyciele - uważa
Machowski. W jego gimnazjum przemoc praktycznie nie istnieje, choć nie
ma w nim kamer. Może dlatego, że klasy są niewielkie, a reguły gry
jasno określone. Podobnie jak w wielu innych prywatnych gimnazjach, w
których jednak za spokój dziecka trzeba zapłacić comiesięczne czesne.
Ogólnie spoko szkoła W
kilkudziesięcioosobowej klasie w szkole publicznej też są jasne reguły.
Tyle że często nieco odmienne. Na Portalu Edukacyjnym niejaki Lord
zachwala swoje warszawskie gimnazjum: "Jest fajnie. Jak ci się coś nie
podoba, można spuścić łomot nauczycielowi, alkohol tolerowany, ziółko
się znajdzie, ogólnie spoko szkoła". Co robić? Według Sławomira
Broniarza z ZNP rodzice i ich dzieci powinni postawić na dobrych
nauczycieli. Wprowadzone przez reformę zewnętrzne egzaminy w gimnazjach
mają jedną zaletę: obiektywnie pokazują nie tylko słabe i mocne strony
uczniów, ale także ich pedagogów. Pozostaje wierzyć, że większości
gimnazjalistów uda się trafić w ręce takich nauczycieli jak Grzegorz
Pleszyński. Człowieka, który namówił już wielu uczniów i ich
nauczycieli, by w ramach wspólnej akcji "Antydepresyjna szkoła" starali
się w niej mimo wszystko żyć. A nawet, o dziwo, uśmiechać.
POLSCY GIMNAZJALIŚCI NIE WIEDZA, PO CO IM MATEMATYKA, WIEDZA ZA TO, GDZIE KUPIĆ DZIAŁKĘ I CZYM JEST DEREK CWELONY
W styczniu 1999 roku, za rządów AWS, Sejm przyjął nowelizację ustawy o systemie oświaty. W miejsce 8-letnich szkół podstawowych pojawiły się 6-letnie szkoły podstawowe i 3-letnie gimnazja
Źródło: Przekrój Autor:AnnaSzulc
{moscomment}
|
|
|
|
Publikacje Nauczycieli |
|
|
|
|
|
|
Gościmy |
|
Odwiedza nas 1 gość |
|
|